Rozmowa z Marcinem Gołębiewskim, kuratorem Galerii Sztuki Współczesnej Art Agenda Nova i współtwórcą festiwalu ArtBoom, o problemach galerii w Krakowie.

Prowadzenie galerii w Krakowie to dobry biznes?

Nie sądzę, by większość galerzystów w kraju czy Krakowie czuła bezpieczeństwo finansowe. Przed rokiem 2000 nasze miasto było mekką galerii, potem wyprzedziła nas Warszawa wraz z pojawieniem się galerii Raster czy Fundacja galerii Foksal. Był też to moment przełomowy dla rynku sztuki w Polsce, zniknęli marszandzi w dawnym tego słowa znaczeniu, ostatnim z nich jest Andrzej Starmach.

Wedle Marcina Krasnego z branżowego magazynu „Obieg” w Krakowie liczą się tylko trzy galerie: Starmach, Zderzak i właśnie Art Agenda Nova. Zaskakująca opinia?

Marcin Krasny patrzy z Warszawy jako przedstawiciel pewnego środowiska i to jego subiektywna ocena, ja nie mogę wartościować i nie chcę. Problem jest raczej w tym, że galerie w Krakowie nie są pewne swego istnienia i nawet deklaracja, iż wezmą udział w gallery weekendzie, jest opatrzona zastrzeżeniem – „o ile będziemy za parę miesięcy istnieć”.

A szerzej, czy rynek sztuki współczesnej w Polsce w ogóle istnieje?

Szykując spotkanie z Mikołajem Iwańskim z „Obiegu” i Łukaszem Gresztą nazwałem go nie bez goryczy „płytkim akwarium”. Jest zaledwie kilkanaście galerii i nie przypadkiem znajdują się w Warszawie, a zaledwie kilka z nich radzi sobie dobrze, może dwie, trzy świetnie. Pozostałe imają się różnych działań, ale nie mają tego, co dzisiaj jest najważniejsze – bezpieczeństwa finansowego. Większość korzysta ze wsparcia miejskiego czy ministerialnego, ponadto galerie otwierają często fundacje, by móc spełnić wymogi konkursowe.

Czy wynika to z małego zrozumienia dla sztuki współczesnej w Polsce? Ciągle traktuje się ją u nas jako dziwaczny wybryk, a nie pełnoprawne działanie artystyczne.

Problemem sztuki współczesnej jest to, że z zasady jest elitarna i niezrozumiała. Dlatego chcemy ją popularyzować, by tworzyć publiczność, pozytywnych, otwartych na nasze działania odbiorców. Coraz częściej mówi się krytycznie o hermetyczności naszego środowiska – galerzystów, instytucji. Obserwuję ten rynek w sposób świadomy od dwudziestu kilku lat i nie widzę, by to się mogło szybko zmienić. Może pokolenie mojej córki to będą wyedukowani odbiorcy, których będziemy mogli zapraszać na wystawy, będą przychodzić z zainteresowaniem i bez lęku.

Mówimy o hermetyczności, a polskie galerie wciąż boją się street artu. W Art Agendzie Novej wystawa twórców tego prądu okazała się wielkim sukcesem frekwencyjnym. Krótko mówiąc: może czas przewietrzyć?

Dopóki poważne instytucje kultury nie zaczną zajmować się street artem, takiego zainteresowania ze strony galerii na pewno nie będzie. Jednym z niewielu przykładów jest współpraca wrocławskiej BWA ze Sławkiem „Zbiokiem” Czajkowskim. Mam teraz przyjemność współpracować z katowickim festiwalem street artu. Zastanawialiśmy się właśnie nad tym, jak połączyć środowiska. Problemem jest brak zrozumienia street artu szerzej – przez twórców sztuki współczesnej, krytyków, kolekcjonerów, a z drugiej – street art trochę nie chce się asymilować. Jest tu wiele do zrobienia, co postaramy się uczynić na tegorocznym festiwalu w Katowicach. Mam nadzieję, że uda się znaleźć wspólny mianownik i wprowadzimy street art do galerii.

Ale ludzie prowadzący galerie też muszą zmienić swój sposób myślenia.

Galerzysta jest dziś nie tylko biznesmenem, jest menedżerem kultury. Musi mieć głęboką świadomość, że działa nie tylko w interesie osobistym, ale przede wszystkim społecznym. Mam pewność, znając charakter natury ludzkiej, że wiele osób takiej potrzeby nie dostrzega – chce brać, a zapomina, że trzeba też oddawać dobrą energię. Podsumowując: najważniejsza jest popularyzacja sztuki, edukacja i wsparcie mniejszych podmiotów.

Takiej energii nie widzi Pan wokół siebie?

Dostrzegam jej zbyt mało. Słyszę wiele deklaracji, ale niewiele się dzieje. Zdaję sobie sprawę, że co innego szczytne założenia, a co innego okrutne prawa rzeczywistości. Nie dziwię się, bo w czasach, gdy trudno zachęcić kolekcjonerów sztuki do zakupu, a nowych pojawia się niezwykle mało, nie można wymagać od galerzystów, by skupiali się na pozytywistycznym działaniu.

W jaki sposób galerie mogłyby współdziałać w Krakowie?

Promuję ideę gallery weekendu, czyli wydarzenia, które jest znane na całym świecie, rozwija się także w Warszawie. Chodzi o stworzenie wspólnej akcji wraz z innymi galeriami i przyciągnięcie do nich nowej publiczności, która dotychczas omijała nas łukiem. Przeciwnie do Warszawy, gdzie taką akcję organizuje się od kilku lat, nacisk kłaść chcemy nie na elitaryzm, ale na egalitaryzm. Mam mocne przekonanie, że hierarchię na rynku sztuki można tworzyć dopiero wtedy, gdy taki rynek będzie dobrze funkcjonował i posiadał licznych odbiorców. Chcemy działać na zasadzie ewolucji, a nie rewolucji. Dwa lata temu ruszył Krakers, który jest zalążkiem takiego właśnie wydarzenia.

Całość artykułu dostępna na stronie:Dziennik Polski 24